Zbliżały się święta Bożego
Narodzenia i w Hogwarcie zaczął panować świąteczny nastrój. Całą szkołę
przyozdobiono kolorowymi łańcuchami, ładnie przystrojonymi choinkami i
sztucznym śniegiem. Na lekcjach nikt nie mógł się już skupić i choć nauczyciele
starali się sprowadzić uczniów na ziemię omawiając z nimi ciężkie tematy, w
końcu musieli sie poddać i w ostatnim tygodniu odbywały sie tylko lekcje
praktyki, na których powtarzali nabytą już w tym półroczu wiedzę. Wyjątkiem
była historia magii, na której profesor Binns wciąż opowiadał o niezwykle
nudnych wydarzeniach, które miały miejsce wiele lat temu.
We wtorkowy wieczór sowa zapukała dziobek w okno
dormitorium.
-Co to? - zapytał znudzony Łapa, leżąc leniwie od
dłuższego czasu na łóżku, wpatrując się w sufit, albo swoich przyjaciół, co
nazywał ,,Procesem zabierania sił do zaczęcia odrabiania prac domowych”. Ale
najwyraźniej proces ten był dość trudny w przebiegu, bo często kończył się
niepowodzeniem - Łapa zasypiał olewając fakt, że będzie miał zaległości.
- To sowa. Przyniosła jakiś list - odpowiedział
Peter wpuszczając do środka przemarzniętą, brązową sowę.
James spojrzał
na nią.
-To nie jest
przypadkiem sowa twoich rodziców? - zapytał Syriusza.
Ten poderwał się zdziwiony.
-Taaak...jest - zmarszczył czoło. Wiedział, że to
nie mile oznaczać nic dobrego.
Odwiązał list z nóżki sowy i odpędził ją ruchem
dłoni. Pismo na drogiej, kremowej kopercie z pewnością należało do jego matki.
-Syriusz? - zawołał Lupin, widząc że kolega
podchodzi do drzwi.
-Zaraz wracam - odpowiedział krotko Syriusz wciąż
wpatrując się w list, jakby bał się że okaże się jakąś sprytnie ukrytą bombą.
Wyszedł z Gryffindoru i skierował się do
pierwszej, lepszej klasy. Nie wiedział dlaczego nie chciał przeczytać tego
listu w dormitorium. Po prostu wiedział, że list nie oznacza nic dobrego.
,,Może ktoś umarł.” - przemknęło mu
przez myśl.
Rozerwał kopertę i wyjął kawałek pergaminu
zapisanego małymi, równymi literkami.
Czytając z początku minę miał obojętną, ale przy
kolejnych linijkach coraz mocniej zaciskał zęby. Kiedy skończył usiadł i pochylił
głowę.
Mimo, że w liście nie było niczego nadzwyczajnego
zrobiło mu się naprawdę przykro.
Poczuł się nagle beznadziejny. Nie miał
kochającej, wspierającej go rodziny, której tak bardzo zazdrościł swoim
przyjaciołom. Nawet Glizdogonowi, którego wychowywała sama matka. Kochała go
przecież i pisała do niego przynajmniej raz w miesiącu, aby dowiedzieć się co u
niego słychać.
James tak bardzo denerwował się, gdy rodzice co
chwile przysyłali mu wiadomości. Odpowiadał krótko jęcząc, że wciąż do niego
wypisują…
Przedarł list na pół i wrzucił go do kominka na
korytarzu, aby obserwować jak płonie. Nie przyniosło mu to ulgi. Odwrócił się i
szybkim krokiem przemierzył cztery piętra, aby wreszcie znaleźć się przed
drzwiami wyjściowymi. Na dworze było już zupełnie ciemno i padał deszcz.
Syriusz uświadomił sobie, że ta pogoda doskonale odzwierciedla to, co się w nim
działo. Zaczął biec w stronę jeziora, a z oczu popłynęły mu łzy.
-CZEGO ODE MNIE CHCECIE?! – wydarł się w
ciemność, jakby miał nadzieję, że rodzice usłyszą go z tak daleka – NIE JESTEM TAKI JAK WY… nigdy nie byłem –
dodał cicho, kiedy głos mu się załamał.
Czuł się strasznie nieszczęśliwy, choć nie do
końca rozumiał dlaczego. Przecież prawie każde święta spędza w zamku. Czy tak
bolało go to, że jego przyjaciele mają gdzie jechać? Czy był aż tak samolubny?
-Każdy jest – powiedział głośno.
Wbiegł do zakazanego lasu, wyjął różdżkę i ze
złości zaczął strzelać w drzewa najróżniejszymi zaklęciami. Kiedy przestał
spojrzał na swoje dzieło. Drzewa wokół niego były lekko popalone i zniszczone.
Wrócił powoli do zamku i usiadł na schodach, znajdujących się w mrocznym,
tajnym przejściu, o
którego istnieniu wiedziało niewiele osób.
Schował
twarz w dłoniach. Z przydługich włosów ściekała mu woda i trząsł się lekko z
zimna i emocji. Był na siebie zły, że okazał się być tak miękki.
James
przyszedł tu i stając na szczycie schodów zauważył swojego przyjaciela,
chowającego twarz w dłoniach. Zszedł powoli nie wiedząc jak ma się zachować.
-Hej…
- wymamrotał ochrypłym głosem.
Usiadł
obok Syriusza i wpatrywał się w niego przez chwilę, a potem zaczął patrzeć
przed siebie, na stojący na końcu korytarza stary wazon
-
Syriuszu… Co się stało? – zapytał cicho po dłuższej chwili milczenia.
Przyjaciel
spojrzał się na niego po chwili, niemal martwym wzrokiem i James ku swojemu
zdziwieniu zauważył łzy na twarzy Łapy.
-Nic…
tak jakoś… - wyksztusił.
James
patrzył na niego przez chwilę, ale przyjaciel nie chciał spojrzeć mu w twarz.
Wyraźnie czuł się niezręcznie przyłapany w takiej sytuacji.
-No
powiedz mi… przecież coś musiało się stać…
-Po
prostu czarne myśli… i tyle – złapał się za głowę, jakby chciał wytrząsnąć z
niej to, co sprawiało mu smutek. – To chore. – dodał po chwili.
Znów
zaczął trząść się od płaczu.
-To
takie dziewczęce… - wymamrotał po chwili ze złością.
James
pokręcił głową.
-Każdy
ma jakieś lęki… jakieś smutki. Syriuszu, co się stało? – nie dawał za wygraną.
Syriusz
nie chciał spojrzeć na przyjaciela.
-Ktoś
taki jak ty nie może mnie zrozumieć… nie wiesz co to znaczy być naprawdę…
samotnym.
James
sam nie wiedział, jakiej odpowiedzi się spodziewał, ale na pewno nie takiej.
Zaczął
zastanawiać się nad tym, czy kiedykolwiek czuł się samotny. Nie przychodziła mu
do głowy żadna sytuacja.
-To
ten list – powiedział nagle, bardziej do siebie, niż do przyjaciela – List od
twojej matki. – westchnął – Co ta jędza ci napisała?
Syriusz
przygryzł wargę.
-Nic…
po prostu nie pojadę tam na święta.
James
uniósł brwi.
-Ty
NIGDY nie przyjeżdżasz tam na święta – przypomniał.
-Nieważne…
chcę po prostu pobyć chwilę sam – powiedział wstając. – Wróć do dormitorium.
-Nigdzie
się bez ciebie nie wybieram – oświadczył stanowczo James.
James
przypomniał sobie coś nagle i uderzył się dłonią w czoło z głuchym plaśnięciem.
-Idiota
ze mnie. Nie powiedziałem ci, że moi rodzice zaprosili cię na święta już pół
miesiąca temu? Napisali coś w rodzaju, że nie wyobrażają sobie, żebyś mógł nie
przyjechać. Wiesz… w zasadzie to oni zawsze chcieli mieć przynajmniej dwójkę
dzieci… - powiedział – Choć mówią, że mają ze mną problemów, jak z trójką –
dodał.
Syriusz
ponownie usiadł obok niego uśmiechając się lekko.
-Są
bardzo mili. Masz naprawdę szczęście, mając ich za rodziców.
James
uspokoił się widząc, że Syriusz najwyraźniej nie zamierza już płakać.
-Wiedzą,
co robią zapraszając nas obu do swojego domu? – zapytał, aby rozluźnić
atmosferę.
-Taaak,
chyba tak. Mój ojciec zaczarował nasz dom, aby nie mógł zapłonąć, rozlecieć
się, ani nic podobnego, w ten sam wieczór, kiedy kupili mi różdżkę przed
pierwszym rokiem w Hogwarcie – wspominał – Od tego czasu jak wyłamię kawałek
ściany, to tylko ta część zostaje zniszczona, a reszta pozostaje nienaruszona…
Próbowałem też kiedyś przeteleportować drzwi i coś mnie popchnęło na ścianę, a
różdżka wypadła mi z ręki…
Syriusz
zachichotał lekko.
-Jak
się chciałeś z nimi obrócić? – zapytał.
-No…
popchnąłem je, żeby zrobiły dziewięćdziesiąt stopni i za nimi biegłem, a potem
wylądowałem na ścianie, jedyne co się przeteleportowało, to szyba w drzwiach.
Znalazła się nagle na podłodze w setkach kawałków.
Siedzieli
przez chwilę w milczeniu z uśmiechami wpatrując się w podłogę.
Na
bladej twarzy Syriusza pojawiły się delikatne rumieńce.
-Nie
sądziłem, że zobaczę kiedyś, jak próbujesz kogoś pocieszyć – powiedział Syriusz
z uśmiechem.
-Wszystko może zdarzyć się. Ty nie musisz o
tym wieeeeedzieć… - zanucił James znaną piosenkę, którą często słuchała
jego mama.
Kiedy
szli do wieży panowało między nimi nienaturalne milczenie, które w otaczających
ich ciemności ciążyło strasznie, niczym gęsta, czarna mgła. James nie był
pewien, czy Syriusz także czuje się głupio, bo ten zdawał się być teraz w innym
świecie.
Syriusz
nie spodziewał się, że podobna sytuacja może się kiedykolwiek zdarzyć. Było mu
głupio patrząc teraz na Jamesa, wiedząc, że ten zobaczył na jego twarzy łzy
oznaczające jego żal.
Mimo
to musiał przyznać, że towarzystwo przyjaciela bardzo mu pomogło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz