Kilka dni później do Syriusza przyszła wiadomość.
Syriusz? Gdzie ty do cholery jesteś? Wszystko w porządku? Właśnie
dowiedziałam się, że nie mieszkasz już w domu… Mam nadzieję, że nie zrobiłeś
niczego głupiego.
Andromeda
-Andromeda to twoja kuzynka? –
zapytała pani Potter.
-Tak, jedyna normalna w całej
rodzinie. No, jest jeszcze wujek Alphard, ale on trochę ze świrował.
-Właściwie… to co się stało? –
zapytała delikatnie Dorea.
Syriusz domyślił się, że chodzi o
jego kłótnię z matką.
-Andromeda wychodzi za
czarodzieja, mającego mugolskich rodziców – wyjaśnił. – I w sumie od tego się
zaczęło, bo ja ją poparłem. Potem powiedziała to co zwykle, czyli że nie jestem
godzien Blacków i w ogóle – przewrócił oczami.
-Ale… może ona się o ciebie martwi?
Mogła powiedzieć coś niewłaściwego pod wpływem emocji i teraz tego żałuję.
-Nie sądzę – powiedział pan
Potter. – Znam ją, to wiedźma.
Pani Potter spojrzała karcąco na
męża.
-To prawda - dodał Syriusz. Aby
przekonać panią Potter, musiał wyznać najważniejszą rzecz. – Użyła na mnie cruciatusa i wcale nie żałowała –
powiedział dość spokojnie.
Pani Potter zatkała usta dłonią,
a Charlus i James, wpatrywali się w niego szeroko otwartymi oczami.
***
W przed ostatnim tygodniu Lupin
napisał do nich, że wybiera się na pokątną i zaproponował im spotkanie.
Pan Potter postanowił wybrać się
z nimi.
Syriusz wrzucił do kominka proszek Fiuu i wszedł w
płomienie krzycząc „Ulina Pokątna”. Leciał mijając kolejne kominki, aż w końcu wypadł na posadzkę. Jeszcze zanim stanął
na nogach, zorientował się, że coś jest nie tak. Znajdował się w niewielkiej,
zamkniętej karczmie przy ponurej uliczce, a na szybą sklepu stały dwie
zacieniowane postacie.
-James, nie! – krzyknął do
kominka, ale było już za późno.
Po chwili podniósł się już z
ziemi jego przyjaciel, a zaraz po nim dołączył pan Potter. Od razu wyciągnął
przed siebie różdżkę. Zakapturzone postacie obróciły się i kiedy rozległ się
cichy trzask, Syriusz wiedział już, że są w środku.
-UCIEKAJCIE! – ryknął do
chłopaków pan Potter, ale było już za późno. Postacie były tuż przy nich.
James zdał sobie sprawę, że nie
mają szans. Jego ojciec był dobrym czarodziejem, ale jego
siedemdziesięcioletnia ręka trzęsła się celując ręką i z pewnością był zbyt
mało sprawny.
Dwóch śmierciorzerców celowało nich różdżkami.
-PADNIJ – ryknął Syriusz, kiedy
zaklęcia poleciały ku nim zaklęcia.
Ale James wyjął różdżkę i stanął
oniemiały, a zaklęcia leciały prosto na niego. Trwało to ułamek sekundy.
Charlus rzucił się przed siebie i pchnął na ziemię swojego syna. Pierwsze zaklęcie
odbiło się od lampy i uderzyło w śmierciożercę zwalając do z nóg. Drugie
trafiło w pana Pottera, który upadł na Jamesa. Syriusz wyskoczył zza szafki
wrzeszcząc „Drętwota” z różdżką wycelowaną w drugiego śmierciożercę, który
celował w Jamesa i jego ojca, ale kiedy padło na niego zaklęcie upadł na tą
dwójkę.
Zamieszanie skończyło się.
Syriusz stał oniemiały wstrzymując oddech. Usłyszał stłumiony przez dwa ciała
wrzask Jamesa. Runął na kolana i odepchnął śmierciożercę, a pana Charlusa
przewrócił na plecy, spychając go ze swojego przyjaciela, który natychmiast
usiadł. Przeraźliwie blady, spojrzał na swojego ojca.
-Puls mu bije – powiedział
Syriusz – James!
Przyjaciel nie poruszył się.
-James, powiedz coś! – powiedział
niemal błagalnie –Popatrz na mnie – dodał, próbując spojrzeć mu w oczy.
,,No tak – pomyślał – To jego
ojciec, jest w szoku.”
Pan Potter leżał nieprzytomny.
Ale coś w jego wyglądzie mówiło mu, że coś jest mocno nie w porządku. Choćby te
lekko otwarte usta i przeraźliwie blada twarz. .
Syriusz wybiegł ze sklepu,
zamienił się w wielkiego psa i pobiegł po pomoc. Po kilku minutach uświadomił
sobie, że przecież żaden mugol nie będzie mógł mu pomóc. Przemienił się
powrotem i stanął zdyszany, rozglądając się wokół z coraz większą paniką. Nagle
zobaczył jakąś postać kuśtykającą w jego stronę. Jego mięśnie napięły się.
Czyżby to był kolejny śmierciożerca?
-Co się stało, chłopcze? –
wychrypiał. – Nie celuj we mnie różdżką, bo mam dobrze wyćwiczone odruchy
samoobronne, więc mogę ci zrobić krzywdę.
Uderzenia jego drewnianej nogi
wydawały głośny stukot, kiedy zmierzał w jego kierunku.
-Kim jesteś? – zapytał Syriusz.
-Alastor Moody. A ty pewnie
jesteś od Dumbledore’a, co? To mój stary kumpel.
,,Ach, no to wszystko w
porządku.”
-Szybko! Śmierciożercy
zaatakowali go! – krzyknął nagle.
-Mam biec? – zapytał ironicznie,
ale nie zatrzymał się, tylko wciąż kuśtykał szybko.
Syriusz miał ochotę pobiec szybko
do sklepu, ale zmusił się, żeby prowadzić nieznajomego. Jednak co chwila
przyśpieszał kroku i wyprzedzał mężczyznę, po czym czekał na niego
niecierpliwie.
***
-Charlus Potter! – krzyknął
zdziwiony Moody.
Wyciągnął różdżkę i zaczął
wymachiwać nią, szepcząc skomplikowane zaklęcia.
Nagle pan Potter otworzył
przerażony oczy, a James wydał z siebie zduszony okrzyk.
-Weź chłopaków… weź… chłopaków –
wymamrotał. Znowu zamknął oczy, oddychając ciężko. Po chwili z jego oczu powiek
pociekła krew.
James podniósł wzrok na Alastora
i wzdrygnął się wbrew swojej woli. Mimo, że chłopak widział go już parę razy
zdążył zapomnieć jak strasznie ten wygląda. Prawie cała jego twarz była pokryta
bliznami, a w pusty oczodół wepchnięte było magiczne oko, które widziało przez
ściany.
Teraz chwycił brutalnie go i
Syriusza i przeteleportowali się. Było to bardzo nieprzyjemne uczucie. Kiedy
wylądowali, Syriusz zwymiotował. Moody pchnął ich w stronę drzwi do domu
państwa Potter.
-Nie ruszajcie się stąd! –
powiedział groźnie i deportował się.
Chłopcy weszli do domu.
-Już jesteście? – zdziwiła się
pani Potter. Kiedy ich zobaczyła przeraziła się – Coś się stało?!
***
Następnego dnia Syriusz, James i
pani Dorea udali się do szpitala św. Munga. Pan Potter spał wycieńczony.
Podobno odzyskał na chwilę świadomość, kiedy tu dotarł. Wyglądał już prawie
dobrze.
James bardzo przejmował się złym stanem ojca, który
osłonił go przed zaklęciem, widząc go odzyskał humor. Razem z Syriuszem ścigali
się na wózkach inwalidzkich, co skończyło się tym, że Syriusz z impetem uderzył
w uzdrowiciela, który niósł kociołek z jakimś eliksirem. Wywar oblał Blacka,
powodując że na jego twarzy i dłoniach pojawiły się zielone plamy, których jak
stwierdził uzdrowiciel, nie dało się usunąć, choć James podejrzewał, że on
wciąż zły z powodu straty eliksiru po
prostu nie chce mu pomóc.
***
Lily siedziała na biurku i
wpatrywała się w ulicę, za swoim oknem.
W jej mugolskim pokoju panował
względny porządek. Na łóżku i krześle leżały ciuchy i kilka książek walało się
po podłodze. Jej mama przesadnie dbała o porządek, a Lily miała problem z
dostosowaniem się do tego.
Na biurku leżał dzisiejszy
Prorok, w którym Lily znalazła niewielki artykuł, który nią wstrząsnął.
Przeczytała go parę razy, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co tu napisano.
Urzędnik Ministerstwa dochodzi do
siebie
Przed kilkoma dniami Charlus Potter, wraz
ze swoim synem i jego przyjacielem zostali
napadnięci przez popleczników
Sami-Wiecie-Kogo,
kiedy chcieli udać się na ulicę Pokątną.
Jednak system sieci Fiu został
uszkodzony i trafili
do mugolskiej wioski. Pan Potter
przebywa
teraz przebywa teraz w szpitalu Świętego Munga,
jednak wszystko wskazuje na to,
że wkrótce wyzdrowieje.
Co ma znaczyć kolejna napaść?
Czy ktokolwiek może czuć się bezpiecznie?
Lily była pewna, że James, który
nienawidził jej przyjaciela, Syriusza Blacka ze względu na to, że ten lubuje
się czarną magią, nigdy nie przyłączyłby się do Voldemorta. Zapewne nauki
pobierał od swojego ojca. Czy możliwe, że właśnie dlatego zostali napadnięci
przez śmierciożerców?
***
Kolejnego dnia wstała rano i
wzięła krótki prysznic. W pośpiechu zjadła płatki i przez kolejne kilkanaście
minut pośpieszała swoją mamę. W końcu wsiadły do samochodu i pojechały na
dworzec. Przybiegły na stację w ostatnim momencie. Pociąg zagwizdał po raz
ostatni, a Lily wskoczyła do wagonu.
-Ucałuj tatę i Petunię – krzyknęła
na pożegnanie, wychylając się za okno.
Szła szybko wzdłuż przedziałów,
aż w końcu znalazła swoje koleżanki w prawie ostatnim przedziale. Zapominając,
że może już używać swojej różdżki wzięła się za podnoszenie kuferka, ale
położenie go na wysokiej półce okazało się być trudniejsze, niż jej się
wydawało.
-Potrzebujesz pomocy? – usłyszała
czyjś głos tuż przy swoim uchu, przez co upuściła ciężki kufer na swoją stopę.
Zacisnęła zęby i przeklinała się
w duchu. Dlaczego nie zasunęła za sobą drzwiczek? Wtedy nie zostałaby
zaskoczona.
***
Pani Potter weszła rano do pokoju
swojego syna i rozsunęła żaluzję sprawiając, że promienie słońca wdarły się po
pokoju i oświetliły całe pomieszczenie.
-Wstawajcie! – krzyknęła. – Za
pięć minut macie być na śniadaniu – dodała, po czym wyszła.
James obrócił się na drugi bok i
zasłonił się poduszką, a Syriusz przeciągnął się leniwie i wstał.
Ubrał się w czarne, mugolskie
spodnie i zielony T-shirt. Na koniec przeczesał włosy.
Przy podróży na dworzec oprócz
pani Potter, towarzyszył im jakiś pracownik ministerstwa, który w razie czego
ochraniał ich przed niepowołanym atakiem.
***
Kiedy pojawiłem się na dworcu
poczułem się wspaniale. Przez wakacje wpadło mi do głowy sporo nowych pomysłów,
które zamierzałem zrealizować. Moje postanowienie na ten rok? Zdobyć serce Lily
Evans. Rozglądałem się za nią wokół, ale nigdzie jej nie zobaczyłem, więc
wszedłem do pociągu. Całą czwórką zajęliśmy przedział. Remus, jako prefekt,
musiał pójść uspokajać jakiegoś płaczącego chłopca, który za wszelką cenę
chciał wybiec z pociągu i rzucić się w ramiona matki. No cóż, dzieci bywają
naprawdę szurnięte.
Kiedy rozległ się ostatni gwizd
pociągu, zobaczyłem Lily mijającą szybko nasz przedział. Wstałem z miejsca i
ruszyłem za nią powoli. Przyczaiłem się koło jej przedziału, a za mną pojawił
się Syriusz. Zerknąłem w stronę przedziału i
z powrotem na niego. Black wyszczerzył zęby, podniósł do góry kciuk i
wyszeptał „Powodzenia’’. W takich momentach jak ten, miałem ochotę go zabić.
Kiedy wszedłem po cichu do przedziału,
moja Lily mocowała się z bagażem. Podkradłem się do niej od tyłu, przykładając
palec do ust w porozumiewawczym geście do jej przyjaciółek. Evans podniosła
wreszcie skrzynię.
-Potrzebujesz pomocy? – zapytałem
cicho wprost do jej ucha.
Nie spodziewałem się, że aż tak
się przestraszy. W każdym razie z cichym wrzaskiem upuściła kufer, który upadł
na jej stopę. Spojrzałem przerażony jak skacze na jednej nodze, zaciskając
zęby. Korzystając z okazji chwyciłem ją i posadziłem sobie na kolanach, a ona
zaczęła okładać mnie pięściami, zapominając o bólu stopy.
-Potrzebna ci pomoc lekarska! –
krzyknąłem, udając przerażenie. – Syriusz, biegnij po apteczkę!
Zza rogu wyskoczył Syriusz,
wyczarowywując nosze.
Lily wyrwała mi się wreszcie i
dumnie uniosła głowę.
-Wyłazić stąd, no już! –
krzyknęła wypychając mnie za drzwi. – I weźcie ze sobą nosze!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz